niedziela, 30 lipca 2017

Sto trzynasta recenzja: Drapieżny dziadek z kolejnym wydawnictwem

Alice Cooper to zdecydowanie czołowy porywacz tłumów w historii. Mimo 69 lat na karku, jego koncerty wciąż są jednym wielkim szaleństwem. Jednakże płyty studyjne to od dłuższego czasu tylko niezła gratka dla fanów. Poprzednia „Welcome 2 My Nightmare” zawierała zaledwie kilka propozycji nawiązujących poziomem do pierwowzoru wydanego 36 lat wcześniej. Być może właśnie dlatego Alice przed premierą „Paranormal” zapowiedział, że będzie to płyta po prostu dla jego wieloletnich słuchaczy.


Albumy wydane w dwudziestym pierwszym wieku przez muzyka z Detroit trudno określić mianem arcydzieł, ale należy też przyznać, że żadne z tych wydawnictw nie było szczególnie słabe. Szukając jakiegoś gorszego fragmentu w dyskografii Amerykanina trzeba się cofnąć do roku 1980 i płyty „Zipper Catches Skin”. Dwudziesty siódmy longplay Vincenta Furniera to następne dzieło w stylu hardrockowym, a więc artysta ponownie postawił na coś, w czym dobrze się czuje. Początek zapowiada naprawdę ciekawy krążek. W tytułowym kawałku jest tak, jak u Alice’a Coopera powinno być. Zadziorna gitara oraz zmienny wokal głównego bohatera. Utwór rozkręca się jeszcze bardziej w drugiej połowie za sprawą dobrego momentu perkusyjnego i gitarowej solówki. W ucho wpada również „Dead Files”. Tutaj z kolei perkusja gra świetnie od pierwszego dźwięku. Aż szkoda, że kompozycja trwa niewiele ponad dwie minuty. Gorszy fragment znajduje się pod trójką. Z początkowych utworów mamy tam najgorszą partię wokalną, która szczególnie pod koniec wyraźnie męczy. Bardziej rozbudowanym kawałkiem jest „Paranoic Personality”. W pamięć zapadają przede wszystkim kolejne partie gitarowe oraz niezłe wykorzystanie chórków. Gdyby „Fallen in Love” nagrał ktokolwiek inny, to ciężko byłoby się nad nim nawet na chwilę pochylić. Jednak przez wielką energię, którą wnosi Alice, kompozycja może lecieć sobie w tle zupełnie w niczym nie przeszkadzając. Jednym z moich faworytów jest „Dynamite Road”. Widać w nim, że Vincenta wciąż ciągnie do metalu, który z powodzeniem prezentował jeszcze kilkanaście lat temu. Z utworu biją dynamika oraz wokalna ostrość. Amerykanin kolejny raz pokazuje, że ma jeszcze siły na wspaniałe, drapieżne numery. „Private Public Breakdown” brzmi mi trochę jak utwór w stylu zespołów rockowych z Wielkiej Brytanii. Moim pierwszym skojarzeniem niewątpliwie była tu grupa Oasis i ich imprezowe szlagiery. Kto wie, może to jednak krok w stronę pozyskania nowych fanów? Tytuł najbardziej tanecznej kompozycji należy się zdecydowanie „Holy Water”. Jest to kawałek wyróżniający się na płycie, będący jednocześnie jednym z pozytywnych zaskoczeń. Na wyróżnienie zasługuje również „The Sound of A” umieszczony po całkowicie bezbarwnym „Rats”. Od samego początku w dziesiątym utworze można wyczuć spory wpływ na wydawnictwo basisty grupy Deep PurpleRogera Glovera. Robi się dużo wolniej, ale z przyjemnym klimatem. Na „Paranormal” zamieszczono także dwie dodatkowe propozycje prezentujące się raczej przeciętnie. Świetnym posunięciem było jednak dorzucenie sześciu utworów zagranych w Columbus. Ten pozytywny, rockandrollowy akcent kończy naprawdę ciekawy krążek.


Odważę się napisać, że Alice Cooper się pomylił. „Paranormal” to zdecydowanie album nie tylko dla fanów artysty z Detroit. Nowa płyta w wielu momentach pozytywnie mnie zaskoczyła. Alice w niektórych utworach brzmi tak, jakby jego kariera wcale nie zbliżała się ku końcowi, a dopiero miała się porządnie rozkręcić. 
OCENA: 7/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz