sobota, 1 lipca 2017

Sto dziewiąta recenzja: Roger Waters wraca i ma się dobrze

Do recenzji najnowszego albumu Rogera Watersa zabierałem się bardzo długo. Wyjątkowo nie było to spowodowane moimi innymi obowiązkami. Z piątym solowym krążkiem od legendy rocka musiałem po prostu spędzić trochę czasu, by go odpowiednio zrozumieć. „Is this the Life We Really Want?” jest właśnie jednym z tych wydawnictw, z których przy każdym kolejnym odsłuchaniu wynosimy coś nowego, a nasze zdanie na temat poziomu dzieła zmienia się bardzo często.


Nad kształtem nowego longplaya byłego członka grupy Pink Floyd zastanawiałem się jeszcze na długo przed premierą. Z racji licznych komentarzy artysty dotyczących przemian na scenie politycznej w Stanach Zjednoczonych intrygowała mnie szczególnie warstwa tekstowa. Waters jest często określany jednym z największych przeciwników Donalda Trumpa, więc odczuwałem również lekkie obawy, że muzyka może być tylko mało znaczącym tłem dla antyprezydenckich haseł w tekstach. Na szczęście twórca z Great Bookham pod kątem artystycznym kolejny raz zaprezentował się świetnie. Krążek otwiera introdukcja „When We Were Young”, która wprowadza nas w delikatny numer o nazwie „Deja Vu”. Kolejny raz Waters potwierdza, że jego głęboki wokal brzmi wspaniale w towarzystwie gitary akustycznej. Urzekające w tej kompozycji są również dźwięki fortepianu. Polecam słuchać z zamkniętymi oczami.  Nastrój nie zmienia się w następnym „The Last Refugee”. Jednakże pojawia się tutaj zdecydowanie więcej zagrywek elektronicznych. Jest nowocześniej, ale z „Watersowskim” charakterem. W kawałku „Picture That” mamy jeden z najostrzejszych tekstów na całym albumie. Artysta wyobraża sobie najgorsze sytuacje, które mogą spotkać Stany Zjednoczone oraz świat przez prezydenturę Donalda Trumpa. Muzycznie jest bardzo dobrze. Przez kapitalne organy nie sposób nie skojarzyć utworu ze starszymi dokonaniami grupy Pink Floyd. Oprócz tego, świetne zastosowanie syntezatorów. Niczego dobrego nie zapowiadał piąty w kolejności „Broken Bones”. Po niemrawym wstępie pojawia się jednak świetna orkiestracja oraz jedna z najlepszych partii wokalnych. Kolejnym wyrażeniem sprzeciwu dla przemian w USA jest tytułowa propozycja. „Is this the Life We Really Want” rozpoczyna się od jednej z wypowiedzi niedawno wybranej głowy państwa w Stanach Zjednoczonych. Poprzez swój nostalgiczny nastrój, numer zdecydowanie skłania ku refleksji. Po chwili zadumy płynnie przechodzimy do „Bird in a Gale”. To, za sprawą perkusji, jeden z najdynamiczniejszych fragmentów wydawnictwa. Na plus także kolejne elektroniczne wstawki. Najlepsze klawisze mamy w „The Most Beautiful Girl in the World”. Partia fortepianowa, razem z przeszywającym wokalem brzmi po prostu obłędnie. Kolejne nawiązania do byłej, legendarnej grupy artysty mamy w „Smell the Roses”. Dziewiąty utwór wybija się swoim charakterem na tle całego albumu. Pochwalić należy przede wszystkim gitary, a także syntezatory, aczkolwiek nie brzmią one już tak wspaniale jak na przykład w „Picture That”. Przygodę z piątym solowym dziełem Rogera Watersa kończymy odsłuchując utworowe trio – „Wait for Her”, „Oceans Apart” i „A Part of Me Died”. Z początku jest romantycznie z przyjemnym akustykiem. Następnie ponownie zagłębiamy się w rozmarzone dźwięki fortepianu. Całość okraszona oczywiście wokalem na najwyższym poziomie.


Bardzo się cieszę, że pomyliłem się twierdząc, że Roger Waters nie nagra już tak dobrego solowego albumu jak „Amused to Death”. Najnowszy krążek, mimo iż tekstowo opiera się głównie na sprzeciwie, jest niezwykle przyjemny w odsłuchu. Robotę robią wspaniałe syntezatory, klawisze, akustyki oraz oczywiście wspaniały głos. Mocny kandydat do zestawienia najlepszych krążków wydanych w 2017 roku.
OCENA: 9/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz