środa, 28 września 2016

Osiemdziesiąta trzecia recenzja: Fantastyczny i poruszający nowy krążek grupy Marillion

Muzycy grupy Marillion nikomu nie muszą już niczego udowadniać. Stworzyli tyle przepięknych dzieł, że tylko głupiec mógłby przeciwstawiać się uznaniu ich za jeden z najlepszych zespołów wszech czasów. Mimo tego artyści  promowali swój album konkretnym hasłem mówiącym o tym, że jest to ich najlepszy album w historii.


Ciężko właściwie podać nazwę jakiegokolwiek słabego albumu zespołu z Aylesbury. Poprzednie wydawnictwa, a zwłaszcza „Sound that Can’t Be Made”, pokazały, że kapela wciąż trzyma poziom i może dostarczać nam wielu emocji. Jednakże, zabierając się za odsłuchanie „F.E.A.R”, nie za bardzo wierzyłem, że najnowszy krążek może dorównać „Fugazi”, „Misplaced Childhood”, czy „Brave”. Pod względem tekstowym płyta jest naprawdę ambitna. Odnosi się do problemów, z którymi aktualnie mierzy się świat polityki. Oprócz tego mamy kompozycje o starzeniu się czy przygodzie z muzyką. Płyta rozpoczyna się potężnym, szesnastominutowym numerem „El Dorado”. Po krótkim wstępie z dodatkiem dźwięków natury utwór powoli się rozwija. Na uwagę zasługują zwłaszcza świetny wokal oraz klawisze. Trzecia, spokojna część jest króciutkim odpoczynkiem między niesamowitymi „The Gold” oraz „F E A R”. To właśnie przed ostatnia część pierwszego kawałka najbardziej uwiodła mnie na tym albumie. Po poważnym i mrocznym wstępie wzbogaconym o głęboki, momentami przeszywający wokal Hogartha następuje przyspieszenie i fantastyczny fragment z idealną perkusją Mosley’a oraz wciągającymi gitarami Rothery’ego i Trewavasa. Jak dobrze, że w dzisiejszych czasach takie świetne kawałki wciąż powstają! „El Dorado” kończy leciutki „the Grandchildren of Apes”.

Oprócz trzech wielkich propozycji grupa na swoim najnowszym krążku zaprezentowała także kilka krótszych (oczywiście jak na dzisiejsze radiowe standardy) numerów. Jednym z nich jest „Living in F E A R”. Propozycja z ciekawym, zapadającym w pamięć refrenem i na pewno dużo bardziej dynamiczna niż swój długi poprzednik. „The Leavers” to kolejny długi rozdział na „F.E.A.R”. Rozpoczyna się od wesołych dźwięków ksylofonu, któremu towarzyszą klawisze. Druga część pokazuje, że grupa wciąż potrafi się znakomicie bawić muzyką, serwując nam utwory z różnych rockowych gatunków. Świetnie wypada „Vapour Trails in the Sky”. Gdy wydaje się, że kawałek rozkręci się na dobre, muzyka się zatrzymuje i znów jest spokojniej, i przy delikatnych dźwiękach instrumentów płyniemy tak do końca fragmentu. Kolejną niespodziankę muzycy sprawiają nam w „the Jumble of Days”. Ni stąd, ni zowąd nagle wyłaniają się typowe dla Marillionu gitary, a potem mamy świetne wokalne solo Hogartha oraz chórki w końcowej fazie utworu. „The Leavers” kończy poruszający i rozmarzony instrumentalnie „One Tonight”.


Następnym przerywnikiem między długimi numerami jest „White Paper”, który porusza klasyczne kulturowe tematy, a więc starzenie się i przemijanie. Głos Brytyjczyka w zestawieniu z klawiszami wypada tak pięknie, że ciężko, aby ta kompozycja nam się nie spodobała. W środkowej fazie utwór nabiera trochę szybszego tempa, ale ciężko mówić o tym, aby nadawał się na imprezy. Od kolejnego poruszającego fragmentu rozpoczyna się ostatni muzyczny kolos na „F.E.A.R”. W „Fuck Everyone and Run” Hogarth pokazuje, że radzi sobie również z wysokimi dźwiękami. Pierwsza część „The New Kings” to zdecydowanie rozmarzona propozycja, której powinniśmy słuchać z zamkniętymi oczami. Najbardziej nieprzewidywalnym etapem na krążku jest „Russia’s Locked Doors”. Po wciągającym wstępie mamy uwodzącą gitarę, chórek, chwilę na odpoczynek oraz fantastyczne instrumentalne zakończenie. Ostatnie dwa elementy „The New Kings” są całkowicie odmienne. Po lekkim, nastrojowym „a Scary Sky” przychodzi czas na najbardziej agresywny na płycie „Why is Nothing Ever True?”. W tym drugim idealnie zgrywają się perkusją oraz instrumenty klawisze. Gitarowo ten fragment to po prostu cudo, a solówka na zakończenie jest taka, że można jej słuchać godzinami. Na zakończenie muzycy dorzucają krótki i leciutki, klawiszowy „Tommorow’s New Country”, który chyba miał lekko ostudzić emocje po niesamowitym krążku, ale ewidentnie mu się to nie udaje.


Cóż tu powiedzieć… Najnowszy Marillion to po prostu poezja. Przesłuchałem album już wiele razy i mój entuzjazm, który odczuwam od początku przygody z tym krążkiem, nawet w najmniejszym stopniu się nie zmniejszył. Grupa stworzyła kilka propozycji naprawdę wbijających w fotel. Widać, że Brytyjczycy to starzy wyjadacze i album dopracowany jest w każdym calu. Grupa serwuje nam szeroki wachlarz rockowych propozycji, więc myślę, że każdy fan powinien tutaj coś dla siebie znaleźć. Mi płyta najbardziej „smakuje” jednak jako całość i z pełnym przekonaniem przyznaję jej najwyższą możliwą notę.
OCENA: 10/10

1 komentarz:

  1. W końcu jakiś dobry album w tym słabym muzycznie roku! :)

    OdpowiedzUsuń