poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Sto piętnasta recenzja: Iron Maiden - Somewhere in Time (1986)

Po pięciu świetnych płytach, muzycy Iron Maiden zgodnie twierdzili, że należy spróbować czegoś nowego. Dodać do stylu „Żelaznej Dziewicy” elementy, których jeszcze w dyskografii kapeli nie było. Debaty nad kolejnym wydawnictwem zespołu okazały się tak burzliwe, że z pracy nad nowym materiałem zrezygnował sam Bruce Dickinson. Fani zakochani we wspaniałym utworze tytułowym z poprzedniego krążka mogli więc kręcić nosem przed premierą „Somewhere in Time”. Czy rzeczywiście było się czego obawiać?


Brytyjska grupa nie chciała popełnić częstego błędu wielu zespołów. Postanowili, że nie będą do znudzenia nagrywali płyt podobnych do tych, które wcześniej były bardzo dobrze odbierane. Dickinson po odrzuceniu jego pomysłów na temat dogrania kompozycji akustycznych postanowił, że za kształt szóstego wydawnictwa będą odpowiadali Smith oraz Harris. Albumowi tradycyjnie towarzyszyła potężna trasa koncertowa, na której słuchacze, za sprawą pirotechniki i efektów laserowych, mogli się czuć jak w dobrym filmie science fiction. „Somewhere in Time” otwiera się wręcz wybornie. Znów mamy wrażenie, jakby pierwszym kawałkiem artyści zapraszali nas na wspaniały spektakl. Zaczynamy agresywnym riffem, który po chwili jeszcze mocniej przyspiesza. W muzykę idealnie swoimi wysokimi partiami wpasowuje się Dickinson, a końcówka jest niesamowitym popisem gitarzystów. Warto zauważyć, iż już w „Caught Somewhere in Time” artyści stosują coś, czego wcześniej w ich muzyce nie było – syntezator gitarowy. Kolejny hicior mamy już w następnym numerze. „Wasted Years” do dzisiaj robi olbrzymią furorę na koncertach. To bez wątpienia jedna z najbardziej melodyjnych propozycji w historii grupy. Wielką pracę w tym dość łagodnym, jak na Maidenów, przeboju wykonuje Steve Harris, który genialnie odgrywa swoją partię na basie. Gitarowy hałas mamy od samego początku w „Sea of Madness”. Po szaleństwach Smitha, Muraya i Harrisa bardzo dobrą partię wokalną prezentuje nam Bruce. Nieoczekiwanie, w środkowej części, utwór przekształca się w balladę. Świetny zabieg, pozytywnie zbijający słuchacza z tropu. Najgorszym kawałkiem na płycie jest zdecydowanie „Heaven Can Wait”. Mamy oczywiście tutaj dynamikę i porywający klimat, do którego grupa nas przyzwyczaiła, ale wszystko to niestety przysłania nam słaby śpiew. To chyba pierwszy raz, kiedy wokal Dickinsona nie przypadł mi do gustu. Najbardziej denerwujący jest refren, gdzie Bruce stara się być delikatny aż do przesady. „The Loneliness of the Long Distance Runner” to jeden z tych utworów, przy których zawsze się dziwię dlaczego nie zdobył większej sławy. Zaczyna się balladowo, (mi od razu kojarzy się z ukochanym „Children of the Damned”) a następnie mamy zdecydowanie lepszy wokal i niezawodne partie gitarowe. Spore zmiany w muzyce Iron Maiden widać w „Stranger in a Strange Land”. Tutaj łagodność już nie przeszkadza. Pochwalić należy dobrą grę na perkusji Nico McBraina, który do tej pory na „Somewhere in Time” nie wychodził przed szereg. Drugim minusem na tym wydawnictwie jest „Deja Vu”. Jedyna kompozycja stworzona także przez Dave’a Murraya. Jest poprawnie, ale momentami bardzo nudnawo. Od legendy heavy metalu oczekuje się znacznie więcej. Na szczęście zakończenie płyty, jak to u Maidenów, jest znakomite. Tekstowo ponownie mamy wycieczki w rejony historii starożytnej i życie Aleksandra Wielkiego. W „Alexander the Great” na przemian występują łagodne i ostre partie. Ponownie słyszymy kapitalną perkusję oraz mistrzowski bas (to bezsprzecznie jeden z najlepszych krążków Harrisa). Na deser dostajemy wspaniałe solówki od królów gitary – Smitha i Murraya. Jeden z moich ulubionych numerów.


Mimo iż na „Somewhere in Time” znajdują się dwa słabiutkie utwory – „Heaven Can Wait” i „Deja Vu”, to zdecydowanie jest to kawał genialnej muzyki. Gdyby nie dwa wspomniane utwory bez wahania przyznałbym najwyższą możliwą notę. Nowa płyta przyniosła sporą porcję świeżości w twórczości zespołu z Londynu. Kapela pokazała, że potrafi świetnie brzmieć również w łagodniejszej wersji.
OCENA: 9/10

1 komentarz:

  1. Dopiero dzisiaj trafiłam na Twojego bloga i stwierdziłam, że przeglądnę z ciekawości. Znalazłam tu oceny wielu płyt w klimatach, które sama bardzo lubię. Fajnie przeczytać dzisiaj recenzję płyty Iron Maiden - to w sumie pierwszy heavy metalowy zespół, który polubiłam i chociaż dziś ich tak często nie słucham, to wciąż bardzo doceniam, a sentyment został :D
    Pozdrawiam i zapraszam do siebie:
    www.reckless-serenade.blog.pl

    OdpowiedzUsuń