piątek, 27 stycznia 2017

Dziewięćdziesiąta pierwsza recenzja: Potężna dawka muzyki od Pain of Salvation z okazji jubileuszu



Pain of Salvation kolejnymi płytami udowadniają, że mają stabilną pozycję na rynku muzycznym i ciężko doszukiwać się im wielu konkurentów w dziedzinie metalu progresywnego. Szwedzi na dobrą sprawę nie wydali jeszcze żadnego słabego krążka, ale trzeba przyznać, że ostatni olbrzymi sukces to czwarty krążek grupy – „Remedy Lane” wydany aż piętnaście lat temu.  Na jubileuszowym, dziesiątym albumie artyści postanowili wydłużyć swoje kompozycje. Jaki przyniosło to efekt? Moja odpowiedź w dzisiejszym poście.


Wysokich umiejętności muzykom odmówić nie można, jednakże chociażby na płycie „Scarsick” można było dostrzec, że po wielu latach pracy muzykom kończą się pomysły. Dziesiąty album miał ponownie ożywić twórczość szwedzkiego bandu. Rozpoczynamy bardzo długim, niekonwencjonalnym wstępem – „On a Tuesday”. Początek co prawda taki, do jakiego muzycy nas przyzwyczaili –z agresywną, wychodzącą na pierwszy plan perkusją. W drugiej części muzyka trochę się wycisza, robi się tajemnicza i poruszająca, a całość pięknie zamyka epicka wręcz końcówka. Od romantycznej partii klawiszowej Daniela Karlssona otwiera się „Tongue of God”. Uroczy moment nie trwa jednak długo, gdyż po chwili reszta muzyków dołącza z niewyobrażalnym uderzeniem. Gildenlow wokalem wprowadza trochę mrocznego klimatu, a w tle wyją fantastyczne gitary. Propozycja zdecydowanie dla fanów ciężkiego grania. Troszkę lżej robi się w „Meaningless”, gdzie wokalista opowiada nam historię przy trochę łagodniejszych dźwiękach. Nie brakuje jednak potężnych, gitarowo-perkusyjnych wstawek, przez co atmosfera przy odsłuchiwaniu krążka wciąż jest niepokojąca. Na plus kolejne wspaniałe zakończenie. Odpoczynek od ostrego grania dostajemy w fortepianowym, rozmarzonym, świetnie zaśpiewanym i króciutkim jak na tę płytę „Silent Gold”. Po trzech minutach relaksu, gitary Pain of Salvation ponownie atakują. „Full Throttle Tribe” wciąga swoją nieprzewidywalnością i kapitalnym, przebojowym refrenem. Potężny, gitarowy wstęp i kombinacyjny wokal otwierają szósty w kolejności „Reasons”. Ponownie nie możemy się spodziewać, co artyści zaprezentują nam za chwilę, a szybko wykrzykiwane słowa w środkowej części utworu przypominają wokal Serja Tankjana. Mój ulubieniec z „In the Passing Light of Day” znajduje się pod siódemką. „Angels of Broken Things” rozkręca się powolutku. Najpierw mamy prowokujący bas i prawie szepczącego Gildenlowa, a po chwili wszystko się rozpędza. Na perkusji ponownie znakomicie spisuje się Leo Margarit, a całość dopełnia w fantastyczny sposób jedna z najlepszych, agresywnych gitarowych solówek jakie ostatnio miałem przyjemność usłyszeć. Po tak świetnym kawałku trochę nie przypadła mi do gustu pierwsza część „The Taming of a Beast”, gdzie Gildenlow śpiewa trochę jak wokalista zespołu metalcoreowego. Potem wszystko wraca jednak do normy i mamy świetne zakończenie przy szarpiących gitarach. Lekko, ze wzruszeniem rozpoczynamy „If This is the End”. Wokalista śpiewa łamiącym się głosem, a reszta artystów stara się mu nie przeszkadzać. Gdy wydawało się, że dostaniemy coś podobnego, jak w „Silent Gold” ,muzycy gwałtownie przyspieszają. Gildenlow przeraźliwie się wydziera, a pozostali szaleją w niesamowitym tempie. Kolejny niezwykle zróżnicowany numer. Jeżeli ktoś nie ma czasu na słuchanie całego albumu to idealną wersją będzie dla niego ostatni, tytułowy utwór, który można traktować za swoiste streszczenie. Pierwsza połowa to spokojne, balladowe, marzycielskie dźwięki z paroma ostrzejszymi fragmentami wokalnymi. W drugiej natomiast jest moc, szaleństwo i dynamika. 15 minut wspaniałej muzyki.

Szwedzi na swój jubileusz fantastycznie zaskoczyli. Oprócz genialnych zagrywek wokalnych, gitarowych, czy perkusyjnych pokazali, że wciąż potrafią tworzyć odważne i niekonwencjonalne numery. Długość albumu zupełnie nie przeszkadza, bo słuchanie „In the Passing Light of Day” to wspaniała przygoda. Najnowszy krążek to kolejny dowód na to, że przy ciężkiej chorobie powstają cudowne dzieła. Gildenlow na płycie wspomina bowiem wielokrotnie o tym, jak przyszło mu się zmierzyć z problemami zdrowotnymi. 
 OCENA: 9/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz