czwartek, 9 lipca 2015

Legendarne Płyty: 12. Aerosmith

Dzisiaj mam dla Was wydawnictwo, które diametralnie zmieniło mój pogląd na muzykę. Pierwsza płyta, po którą sięgnąłem sam, a nie zaproponował mi jej tata. Debiutanckie wydawnictwo Aerosmith pokazało, że na wielką scenę wyjść może każdy o ile oczywiście coś umie. Zapraszam na podróż do początku lat siedemdziesiątych.



Na początku lat siedemdziesiątych cały muzyczny świat był załamany rozpadem wielkiej legendy. Panowały opinie: „Beatlesi się rozeszli, kto będzie teraz robił muzykę?”. Na szczęście wiele zespołów dojrzało swoją szansę w rozpadzie czwórki z Liverpoolu. Skończyła się hegemonia zespołu Johna, Paula, George’ a i Ringo, więc trzeba było znaleźć nowych władców muzyki. Na swój debiutancki album Aerosmith kazali czekać bardzo długo. Trzy lata od założenia zespołu to szmat czasu. Jak się jednak okazało, warto było być cierpliwym. Kompozycję otwiera „Make It”. Ten utwór zawsze uwodził mnie swoim refrenem. Śmiesznie się słucha tego albumu, bo głos Stevena Tylera jest zdecydowanie inny niż na przykład na „Permament Vacation”, czy „Pump”. Wokalista z Yonkres nie był wtedy po prostu tak przyćpany. Pod dwójką kolejny rewelacyjny numer – „Somebody”. Typowo ostra, hardrockowa piosenka, to jest to, czego mogę słuchać w nieskończoność. Pod trójką kapitalne, ponadczasowe dzieło. Wystarczy, że napiszę „Dream On” i nic więcej nie trzeba tłumaczyć. Fenomenalna gitara i fortepian na wstępie. Potem zanurzamy się w niesamowity głos Tylera. Długo nie mogłem dojść do siebie po pierwszym odsłuchaniu tego fantastycznego numeru. Z The Beatles kojarzy mi się najdłuższy na płycie „One Way Street”. Troszkę bluesa zdecydowanie nie zaszkodziło debiutanckiemu albumowi Aerosmith. Cudowne riffy możemy usłyszeć w „Mama Kin”. Kolejny wielki rockowy przebój. Następnym Beatlesowym kawałkiem jest „Write Me a Letter”. Znów blues i znów fenomenalnie zastosowany! Bardzo nastrojowy jest „Movin’ Out”. Za największy plus tego kawałka uznaję gitarę Joe Perry’ ego. Na zakończenie „Walkin’ the Dog”, czyli cover piosenki Rufusa Thomasa. Piosenka trochę inna niż reszta, bo z użyciem fletu. Nie zmienia to jednak faktu, że ciągle Aerosmith brzmią fantastycznie.



No i to już koniec pierwszego albumu Amerykanów. Zaledwie 35 minut trwa wielkie otwarcie Tylera i spółki. Wtedy chyba nikt nie przypuszczał, że za kilkanaście lat muzycy ze Stanów Zjednoczonych staną na piedestale muzyki rockowej. Moim ulubionym numerem z tego krążka zawsze będzie „Dream On” To kompozycja nie do podrobienia. Gdy jej słucham, to liczy się dla mnie tylko Aerosmith.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz