W 2012 roku Iggy Pop wydał album „Apres”. Jego fani w tym
momencie się podzielili. Wielu uważało, że to jeden z najlepszych coverowych
albumów w historii rocka, a inni, że dziadek już się starzeje i zaczyna
nagrywać luźne, niezobowiązujące piosenki. Oczywiste więc było to, że Iggy na
nowym albumie pokaże pazur i będzie chciał udowodnić niedowiarkom swoją rockową
wielkość.
sobota, 19 marca 2016
środa, 16 marca 2016
Sześćdziesiąta recenzja: Senny krążek The 1975
Swoim długo oczekiwanym debiutanckim albumem grupa The 1975
świetnie wbiła się w klimaty rocka alternatywnego. Przy pierwszym krążku grupy
ciężko było się nudzić, aczkolwiek muszę przyznać, że na drugiej płycie
oczekiwałem od młodych muzyków bardziej wyrafinowanych dźwięków.
środa, 9 marca 2016
Pięćdziesiąta dziewiąta recenzja: David Bowie - Hunky Dory (1971)
Mimo sporego sukcesu, jakim niewątpliwie okazał się „The Man
Who Sold The World”, David Bowie postanowił wrócić do radosnych, folkowych
klimatów. Znów spotykamy się z wesołymi kompozycjami zawierającymi dużą ilość
instrumentów klawiszowych i gitary akustycznej. „Hunky Dory” to pierwszy album
nagrany w wytwórni RCA Records. Mimo tego David brzmi po staremu, czyli bardzo
dobrze.
poniedziałek, 29 lutego 2016
Pięćdziesiąta ósma recenzja: Powrót Joey'a wychodzi Anthraxowi na dobre.
Anthraxowi kolejny raz przyszło udowadniać, że do „Wielkiej
czwórki” jest zaliczany słusznie. Po świetnych albumach od Megadeth i Slayera
słuchacze oczekiwali, że „For All Kings” będzie przynajmniej zbliżony poziomem
do „Dystopii” i „Repentless”. Wydany w 2011 roku „Worship Music” był dobrym
krążkiem, ale na nowej płycie oczekiwałem od zespołu znacznie więcej. Jak
wyszło? Wszystko w dzisiejszym poście.
środa, 24 lutego 2016
Pięćdziesiąta siódma recenzja: Dziesiąty krążek od The Cult
Można powiedzieć, że The Cult to zespół, który mimo bardzo
długiego stażu na scenie muzycznej wciąż szuka miejsca dla siebie. Każda
kolejna płyta przynosi nam sporo nowości. Czasem wypadają one świetnie, a
czasami naprawdę ciężko się tego słucha. Dawno mnie na blogu nie było, więc
postanowiłem przybliżyć Wam moje zdanie na temat najgłośniejszej rockowej płyty
ostatnich tygodni.
wtorek, 9 lutego 2016
Pięćdziesiąta szósta recenzja: David Bowie - The Man Who Sold The World (1970)
David Bowie po balladowym, nostalgicznym „Space Oddity”
stwierdził, że przyszła pora na coś ostrzejszego. „The Man Who Sold the World”
rozpoczyna hardrockową przygodę londyńskiego artysty. Oprócz diametralnej
zmiany stylu na trzecim albumie w dyskografii możemy dostrzec sporo
kontrowersji. Najlepszym tego przykładem jest okładka, na której Bowie uwidacznia
powszechne zamieszanie dotyczące orientacji rockmanów w latach siedemdziesiątych.
środa, 3 lutego 2016
Pięćdziesiąta piąta recenzja: David Bowie - Space Oddity (1969)
Po sukcesie artystycznym, w karierze Bowiego przyszedł czas
na zwycięstwo komercyjne. „Space Oddity” diametralnie różni się od
debiutanckiego krążka Davida. Artysta postanowił postawić na mniejszą liczbę
utworów jednocześnie wydłużając swoje kompozycje. Nie da się ukryć, że to
zabieg bardzo udany, bo na drugim albumie londyńskiego muzyka nie znajdujemy
kawałków niepotrzebnych.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






