poniedziałek, 28 listopada 2016

Osiemdziesiąta ósma recenzja: David Bowie - Heroes (1977)

Po dłuższej przerwie związanej z wysypem muzycznych nowości wracamy do cyklu z Davidem Bowiem. Dzisiaj czeka nas spotkanie z niezwykle wyjątkowym i bardzo trudnym wydawnictwem, które przy każdym kolejnym odsłuchu staje się inne. Podobnie jak na „Low” mamy na nim zarówno kompozycje przyjemne, jak i zmysłowe, ale także przerażające oraz przygnębiające. „Heroes” w wielu aspektach znacznie różni się jednak od swojego poprzednika. Jest jeszcze bardziej dobitnie i surowo. Zapraszam na kolejną podróż po Berlinie z brytyjskim wirtuozem. 


Lata siedemdziesiąte były niewątpliwie okresem, w którym muzycy w obliczu zimnej wojny często nagrywali kompozycje smutne i poruszające. Wpływ kolejnych przykrych wydarzeń mających miejsce w Berlinie uwidocznił się szczególnie na dwunastym krążku Bowiego. „Heroes” nazywana jest najbardziej „berlińską” płytą z trylogii, ponieważ cała została nagrana podczas pobytu artysty w dzisiejszej stolicy Niemiec. Zaczyna się jednak dość melodyjnie i może nawet tanecznie. Do „Beauty and the Beast” dynamicznie włączają się kolejne instrumenty. Pozytywnie wypada również współpraca na wokalu z Antonią Maass. Drugi w kolejności „Joe the Lion”, gdyby nie tytułowy kawałek, mógłby stać się największym hitem z tej płyty. Ponownie jest bardzo energicznie, z fenomenalnymi, rozbujanymi gitarami i świetnie wpasowującymi się chórkami. No i przychodzi czas na wielki przebój, jeden z tych utworów, po których przesłuchaniu zmienia się nam cały pogląd na muzykę. Napisany wspólnie z Brianem EnoHeroes” to arcydzieło w każdym możliwym aspekcie. Poruszający, cudownie zaśpiewany przez Bowiego teskt (o którym jedna z legend mówi, że został napisany podczas obserwowania przez artystę dwójki zakochanych spotykających się przy murze berlińskim) , a do tego niesamowita warstwa instrumentalna. Warto wspomnieć, że na przepięknie brzmiącej gitarze gra tutaj jeden z najlepszych gitarzystów wszech czasów, znany z wielkiego King Crimson - Robert Fripp. Powiedzieć, że to pozycja obowiązkowa, to tak jakby właściwie nic nie powiedzieć. „Sons of the Silent Age” może przypominać sam początek kariery Brytyjczyka.  Jest niezwykle nastrojowo i zdecydowanie można odpłynąć. Bowie oprócz śpiewania świetnie gra w tym kawałku na saksofonie. W „Blackout” robi się trochę bardziej rockowo. Propozycja wciąga nas od samego początku za sprawą trochę prowokacyjnej, agresywnej gitary. Pojawiają się także elementy elektroniczne, które podkreślają rolę Eno w tworzeniu „Heroes”. Słuchając wstępu do  „V-2 Schneider” możemy odnieść wrażenie, że coś wielkiego może za chwilę na nas spaść. Numer z każdą sekundą się rozpędza i do nas zbliża. Ponownie za plus należy uznać partie z saksofonem i chórkami. Potężna bomba to jednak „Sense of Doubt”. To zdecydowanie najtrudniejszy moment na płycie. Klimat propozycji jest niepowtarzalny. Robi się zimno, a kolejne dźwięki całkowicie nas przeszywają. Krew w żyłach mrożą szczególnie ciężki partie klawiszowe. Nastrój po przesłuchaniu tej propozycji robi się podobny, jak po zapoznaniu się z „Warszawą” z poprzedniego krążka. Oddechu daje trochę następny w kolejności „Moss Garden”. Robi się już trochę przyjemniej, a muzyka przypomina przyrodę budzącą się do życia. Radość jest jednak tylko chwilowa. W „Neukoln” ponownie zagłębiamy się w przerażający Berlin z lat siedemdziesiątych. Za sprawą Briana Eno oraz wyjących gitar znowuż jest smutno i nostalgicznie. Świetnie zagrany jest także końcowy fragment z saksofonem w roli głównej. Artyści po ciężkiej przygodzie z piękną, ale także trudną muzyką kończą album trochę pozytywniejszym „The Secret Life of Arabia”. Ponownie jak w pierwszym utworze jest rytmicznie i melodyjnie. Kolejny raz dobrze wypada dodanie do kompozycji damskiego wokalu.


Na pewno nikt się nie spodziewał, że po fenomenalnym „Low” Bowie może wydać album, który będzie w stanie konkurować ze swoim poprzednikiem. Tymczasem Brytyjczyk  prezentuje nam następny niezwykle dotykający, prawdziwy i mocny album. „Heroes” to płyta, która na zawsze pozostanie mi bliska i chyba przy odsłuchiwaniu właśnie tego albumu najbardziej mi brakuje Bowiego. Tę recenzję mogę zakończyć tylko jednym zdaniem „We can be heroes just for one day”.
OCENA: 9,5/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz